Milczenie Boga wobec cierpienia dziecka – punkt, w którym pęka serce rodzica
Prośba o uzdrowienie dziecka to jedno z najbardziej dramatycznych wołań, jakie mogą popłynąć z ludzkiego serca. W takiej sytuacji rodzic nie modli się „od czasu do czasu”, lecz często błaga, walczy, obiecuje Bogu wszystko, byle tylko dziecko wyzdrowiało. Gdy mimo tego stan zdrowia się nie poprawia, pojawia się bolesne pytanie: dlaczego Bóg milczy, gdy proszę o uzdrowienie mojego dziecka?
To pytanie nie jest teoretyczne. Dotyka doświadczenia bezsilności, lęku i gniewu. Dotyka momentów, w których nosze na OIOM‑ie wydają się bardziej realne niż jakiekolwiek słowa z Pisma Świętego. Rodzic, który staje obok łóżka chorego dziecka, konfrontuje się z tym, co w wierze najtrudniejsze: jak wierzyć w dobrego Boga, kiedy moje dziecko cierpi?
Kościół nie ma prostych, „ładnych” odpowiedzi na to pytanie. Nie istnieje żaden automatyczny schemat: „pomodlisz się tyle i tyle, zrobisz to i to — a uzdrowienie będzie gwarantowane”. Jest natomiast długa tradycja mierzenia się z cierpieniem, historii rodziców, którzy przeszli przez ciemność oraz duchowe wskazówki, które pozwalają nie utracić wiary, nadziei i zdrowych zmysłów wśród chaosu emocji.
Milczenie Boga nie zawsze oznacza Jego nieobecność. Z ludzkiej perspektywy może tak wyglądać, ale Biblia, doświadczenie świętych i życie zwykłych rodziców pokazują, że właśnie w tym milczeniu rozgrywają się często najgłębsze procesy duchowe. To jednak nie umniejsza bólu — dlatego trzeba mówić o nim uczciwie, bez „pobożnych nakrywek”, które ranią jeszcze bardziej.
Emocje zderzone z wiarą: co naprawdę dzieje się w sercu rodzica
Gniew na Boga: czy wolno się buntować?
Wielu rodziców ma w sobie ogromne poczucie winy, gdy zaczyna odczuwać gniew wobec Boga. „Nie wolno mi tak myśleć”, „Jestem złym katolikiem”, „Skoro się złoszczę, to pewnie Bóg mnie nie wysłucha” — takie myśli potrafią dodatkowo obciążyć i tak przeciążone serce.
Tymczasem gniew jest naturalną reakcją na zło i ból. W Biblii znajdują się psalmy, które wprost wyrażają bunt, rozpacz i oskarżenia wobec Boga. Psalm 22 zaczyna się słowami: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. Takim psalmem modlił się sam Jezus na krzyżu. To ważny sygnał: Bóg nie boi się naszego gniewu. Nie odrzuca człowieka, który krzyczy z bólu, nawet jeśli w tym krzyku pojawiają się twarde słowa.
Praktycznie oznacza to, że bunt i złość można i trzeba wyrazić w modlitwie, zamiast „przykrywać” je pobożnymi słowami, w których nie ma już serca. Szczera modlitwa rodzica może brzmieć: „Boże, nie rozumiem Cię, jestem wściekły, boję się o moje dziecko. Czemu nie działasz? Czemu milczysz?”. Taka modlitwa nie oddala od Boga, lecz przeciwnie, staje się początkiem prawdziwego dialogu.
Poczucie winy i szukanie przyczyny w sobie
Jedną z najczęstszych reakcji rodzica jest próba znalezienia przyczyny: „Gdzie popełniłem błąd?”. Umysł zaczyna tworzyć dramatyczne łańcuchy: „Może to kara za grzechy”, „Może za słabo się modliłam”, „Może gdybym wcześniej poszła do lekarza, wszystko wyglądałoby inaczej”. Taki sposób myślenia nie tylko nie leczy, ale może prowadzić do poważnego obciążenia psychicznego.
Kościół katolicki nie naucza, że choroba dziecka jest bezpośrednią karą za grzechy rodziców. Jezus, zapytany o przyczynę choroby niewidomego od urodzenia, odpowiada jasno: „Ani on nie zgrzeszył, ani jego rodzice” (por. J 9,3). Choroba dziecka nie jest prostą kalką w stylu „zrobiłeś coś złego, więc Bóg uderzył w twoje dziecko”. Takie myślenie jest zafałszowaniem obrazu Boga, który objawia się w Ewangelii.
Praktycznym krokiem jest świadome zatrzymywanie spiralnych myśli oskarżających siebie. Warto porozmawiać o nich z mądrym spowiednikiem, kierownikiem duchowym lub psychologiem, który zna realia wiary. Nie chodzi o zrzucenie odpowiedzialności za decyzje życiowe, lecz o to, by nie wymyślać winy tam, gdzie jej nie ma, i nie obarczać się ciężarem, który przekracza ludzkie siły.
Lęk, bezradność i zmęczenie: niewidzialna druga strona cierpienia
Obok gniewu i poczucia winy pojawia się zwykle wszechogarniający lęk. Rodzic boi się najgorszego, boi się kolejnych wyników badań, boi się dzwonka telefonu ze szpitala. Ten lęk ma swoje źródło w autentycznej miłości do dziecka i w przeżywaniu własnej bezradności.
Do tego dochodzi skrajne zmęczenie: czuwanie po nocach przy łóżku, nieustanne dojazdy do szpitala, walka z formalnościami, rozmowy z lekarzami, organizacja opieki nad innymi dziećmi. W takim stanie trudno jest się „pięknie modlić”. Czasem jedyną modlitwą staje się westchnienie: „Jezu, pomóż”, wypowiedziane w biegu, w windzie, w samochodzie. I to jest w pełni wartościowa modlitwa.
Z duchowego punktu widzenia modlitwa nie polega na idealnych słowach, tylko na trwaniu. Jeśli rodzic, mimo lęku, zmęczenia i złości, wciąż zwraca się do Boga, choćby jednym zdaniem, choćby ciszą — to jest to bardzo głęboka forma wiary, często dojrzalsza niż wcześniej. Z praktycznego punktu widzenia trzeba jednak zadbać także o własne siły fizyczne i psychiczne, bo wyczerpanie potrafi zniszczyć nawet najsilniejszą wiarę.
Czego Kościół naprawdę uczy o cudach, uzdrowieniach i modlitwie za chore dzieci
Cud nie jest automatem: Bóg nie działa jak „magiczna maszyna”
W wielu świadectwach słyszy się o cudownych uzdrowieniach. To może dawać nadzieję, ale równocześnie rodzić pytania: „Skoro tam Bóg zadziałał, to dlaczego u nas milczy?”. Aby to zrozumieć, trzeba wyjść poza wyobrażenie Boga jako kogoś, kto działa według ludzkich schematów: „jeśli spełnię określone warunki, Bóg musi uczynić cud”.
Kościół uczy, że cud jest darem, a nie wynikiem duchowego „przepisu”. Można i trzeba prosić o uzdrowienie, ale nie ma gwarancji, że Bóg zadziała w taki sposób, jak oczekujemy. Jego wolność nie jest kaprysem, lecz wyrazem szerszego spojrzenia, którego człowiek nie obejmuje swoim rozumem i doświadczeniem.
Magiczne myślenie, że określona liczba modlitw, nowenn czy pielgrzymek „zmusi” Boga do działania, prowadzi do rozczarowania i wewnętrznego rozbicia. Zamiast relacji z żywą Osobą pojawia się napięcie: „zrobiłem wszystko, co trzeba, więc dlaczego to nie działa?”. Tymczasem modlitwa jest wejściem w relację, zawierzeniem, a nie transakcją.
Wiara, która nie handluje: między ufnością a szantażem duchowym
W sytuacji kryzysowej łatwo wpaść w myślenie typu: „Panie Boże, jeśli uzdrowisz moje dziecko, to ja od tej pory…”. Takie „układy” z Bogiem są zrozumiałe psychologicznie, ale duchowo bardzo ryzykowne. Istnieje w nich niebezpieczeństwo szantażu: „Jeśli Ty nie zrobisz tego, co chcę, ja przestanę wierzyć, modlić się, chodzić do Kościoła”.
Prawdziwa wiara może zawierać prośbę, błaganie, obietnicę poprawy życia, ale jej centrum nie jest handel, lecz zaufanie Bogu jako Ojcu, nawet gdy Jego decyzje przekraczają ludzkie zrozumienie. Właśnie dlatego w modlitwach Kościoła pojawia się zawsze delikatne, ale kluczowe „bądź wola Twoja”. Ono nie jest rezygnacją, tylko uznaniem, że Bóg widzi więcej niż my.
Nie oznacza to, że rodzic ma się poddać w sensie fatalizmu: „i tak nic nie da się zrobić, więc nawet nie ma co prosić”. Chodzi raczej o podwójny ruch serca: z jednej strony bardzo konkretne wołanie o uzdrowienie, z drugiej — zgoda, by Bóg był Bogiem, a nie wykonawcą naszych planów. To trudna, dojrzała postawa, która zwykle rodzi się dopiero w „ogniu” cierpienia.
Nadzieja na cud i współpraca z medycyną
Kościół zachęca do modlitwy o cud i równocześnie bardzo jasno podkreśla wartość i obowiązek korzystania z medycyny. Cud nie polega na tym, że człowiek odrzuca leczenie i udaje, że choroby nie ma. Często Boże działanie dokonuje się właśnie poprzez lekarzy, pielęgniarki, leki, operacje i rehabilitację.
Rodzic modlący się o uzdrowienie dziecka działa odpowiedzialnie, gdy:
- szuka dobrych specjalistów, konsultuje diagnozy,
- pilnuje terapii, badań kontrolnych, rehabilitacji,
- nie rezygnuje z leczenia w przekonaniu, że „Bóg na pewno uzdrowi bez lekarza”,
- unika „cudownych terapii” bez podstaw naukowych, które mogą zaszkodzić dziecku.
Postawa „albo cud, albo medycyna” jest sprzeczna z katolickim rozumieniem świata. Bóg jest Stwórcą zarówno łaski, jak i natury. Dlatego modlitwa i leczenie nie wykluczają się, lecz mogą się uzupełniać. Proszenie o cud nie zwalnia z rozumnej troski o zdrowie dziecka wszystkimi dostępnymi środkami.
Dlaczego Bóg czasem nie uzdrawia? Różne perspektywy patrzenia na to samo cierpienie
Ograniczona perspektywa człowieka i tajemnica cierpienia
Najuczciwsza odpowiedź brzmi: nie wiemy do końca, dlaczego Bóg nie zawsze uzdrawia. Można podawać teologiczne wyjaśnienia, odwoływać się do wolności człowieka, do skażenia świata grzechem, do sensu krzyża. Jednak na poziomie emocji rodzica, który patrzy na cierpiące dziecko, żadne z tych wyjaśnień nie usuwa bólu całkowicie.
Kościół nie unika słowa „tajemnica” w odniesieniu do cierpienia. To nie jest wygodna wymówka, ale uznanie, że istnieje obszar, którego ludzki rozum nie obejmie. Oznacza to, że człowiek nie ma pełnej mapy sensu wydarzeń, które go dotykają. Widzi tylko wycinek, podczas gdy Bóg widzi całość historii, nie tylko doczesnej, ale także wiecznej.
Tajemnica cierpienia nie polega na tym, że Bóg „coś ukrywa dla zabawy”. Raczej na tym, że relacja między wolnością człowieka, skutkami grzechu, strukturą świata i Bożą Opatrznością jest tak złożona, iż nie da się jej sprowadzić do jednego prostego schematu. Stąd tak ważne jest, by unikać zbyt szybkich wyjaśnień typu: „Bóg chciał Ci coś powiedzieć, dlatego Twoje dziecko zachorowało”. Takie zdania mogą zranić głębiej niż sama choroba.
Bóg, który jest po stronie cierpiącego, a nie przeciw niemu
Kluczowe w przeżywaniu milczenia Boga jest pytanie: czy Bóg jest po mojej stronie, czy przeciw mnie? W obrazach religijnych Bóg bywa czasem przedstawiany jak surowy sędzia, który „zadaje cierpienia z wychowawczych powodów”. Taki obraz łatwo prowadzi do lęku, napięcia i poczucia zagrożenia.
Jezus, objawiając Ojca, pokazuje jednak zupełnie inny rys: Bóg jest Tym, który staje po stronie cierpiącego. Nie obserwuje z dystansu, ale wchodzi w środek ludzkiego bólu. Najpełniejszym znakiem jest krzyż — Bóg, który sam doświadcza bólu, odrzucenia, niesprawiedliwości i fizycznego cierpienia.
Jeśli Bóg milczy wobec choroby dziecka, to nie jest to milczenie obojętności. Bardziej przypomina milczenie kogoś, kto trwa przy osobie cierpiącej, choć nie usuwa wszystkiego natychmiast. Wiele matek i ojców, którzy przeszli przez trudne doświadczenie choroby dziecka, po latach mówi: „Nie wiem, dlaczego Bóg nie uzdrowił mojego dziecka, ale wiem, że nie byłem wtedy sam”. To nie jest wytłumaczenie, lecz świadectwo obecności.
Między cudem doczesnym a perspektywą życia wiecznego
Z perspektywy rodzica najważniejsza jest teraźniejszość: zdrowie dziecka tu i teraz. Chrześcijaństwo wprowadza jednak dodatkowy wymiar: życie wieczne. Dla kogoś, kto patrzy wyłącznie z perspektywy doczesnej, śmierć dziecka wydaje się ostateczną przegraną. Dla wiary jest dramatem, ale nie końcem historii tej osoby.
Kościół uczy, że celem życia człowieka jest zjednoczenie z Bogiem w wieczności. Cud doczesny, taki jak uzdrowienie z choroby, jest ogromnym darem, ale zawsze pozostaje czymś tymczasowym. Nawet uzdrowione dziecko kiedyś umrze. Perspektywa wieczna nie usuwa bólu rozstania, ale nadaje mu inny wymiar: relacja z dzieckiem nie kończy się w momencie śmierci, lecz zmienia sposób istnienia.
Cierpienie dziecka a poczucie winy rodzica
W obliczu choroby dziecka wielu rodziców zadaje sobie druzgocące pytanie: „Czy to moja wina?”. Zaczyna się przeglądanie przeszłości: „Może w ciąży źle się odżywiałam…”, „Może za późno poszliśmy do lekarza…”, „Może Bóg mnie karze za dawne grzechy”. Takie myśli rodzą się same, zwłaszcza gdy człowiek szuka jakiegokolwiek „dlaczego”, które uporządkuje chaos.
Chrześcijańska perspektywa jest jasna: Bóg nie zsyła choroby dziecka jako kary za grzech rodzica. Świat dotknięty jest skutkami grzechu pierworodnego, co oznacza kruchość i podatność na zło, ale nie mechaniczny związek: „zgrzeszyłeś — więc Twoje dziecko cierpi”. Jezus wyraźnie odrzuca takie myślenie, gdy uczniowie pytają o niewidomego od urodzenia: „Kto zgrzeszył, on czy jego rodzice?”. Odpowiedź Jezusa podcina korzeń religijnego fatalizmu.
Poczucie winy często nakłada się na i tak ogromny ciężar emocjonalny. Nierzadko prowadzi do duchowego paraliżu: rodzic boi się przyjść do Boga, bo ma wrażenie, że stoi przed Nim jako winny sędziowskiemu wyrokowi. Tymczasem Bóg objawiony w Jezusie jest Ojcem, który chce leczyć także serce rodzica — z niesionych latami wyrzutów, oskarżeń wobec siebie, nieprzebaczenia.
Z duszpasterskiego doświadczenia wynika, że pomocne bywa nazwanie tego wprost w modlitwie: „Panie, zabierz ode mnie fałszywe poczucie winy, pokaż mi prawdę o mnie”. Czasem potrzebna jest rozmowa z kimś z zewnątrz: spowiednikiem, kierownikiem duchowym, terapeutą. Gdy winy obiektywnie nie ma, trzeba jej nie dokarmiać. Gdy człowiek faktycznie w jakimś obszarze zawinił (np. zaniedbał leczenie), droga nie prowadzi przez samobiczowanie, lecz przez skruchę, zadośćuczynienie, a następnie przyjęcie przebaczenia. Ciągłe karanie siebie nie pomoże dziecku, a może zniszczyć resztkę sił potrzebnych do towarzyszenia mu w chorobie.
Kiedy modlitwa staje się krzykiem: co zrobić z gniewem na Boga
Rodzic patrzący na cierpienie dziecka bardzo często doświadcza gniewu. Bywa, że ten gniew kieruje także ku Bogu: „Gdzie jesteś?”, „Dlaczego na to pozwalasz?”, „Jak możesz nazywać się Miłością?”. Pojawia się lęk: „Jeśli powiem to Bogu, to będzie grzech, bluźnierstwo, On się odwróci”. W efekcie człowiek przestaje być szczery i zamyka swoje najprawdziwsze emocje w środku.
Tymczasem biblijna modlitwa jest niezwykle szczera. W psalmach pojawiają się słowa, których wielu wierzących nie odważyłoby się dziś wypowiedzieć: skargi, pretensje, a nawet wyrzuty wobec Boga. Pismo Święte nie cenzuruje tych głosów, ale włącza je do modlitwy Kościoła. To znak, że Bóg nie boi się ludzkiego gniewu, nie obraża się na płaczące dziecko, które wali pięściami w Jego pierś.
Ważne jest jednak jedno rozróżnienie: co innego być złym na Boga i mówić Mu o tym, a co innego pleść o Nim oszczerstwa za plecami, zamykając się w buncie. Modlitwa może zawierać łzy, bunt, niezrozumienie — byle była zwróceniem się do Niego, a nie ucieczką. W praktyce może to brzmieć bardzo prosto: „Panie, jestem wściekły, nie rozumiem Cię, ale tylko do Ciebie mam iść. Nie uciekam, stoję tutaj z tym wszystkim”.
Czasem pomocne jest sięgnięcie właśnie po psalmy i modlenie się cudzymi słowami, gdy własnych już brakuje. Innym razem może to być krótka modlitwa spontaniczna, wypowiedziana brutalnie szczerze. Milczenie Boga bywa wtedy mniej bolesne, bo człowiek zaczyna dostrzegać, że w tym milczeniu jest przestrzeń na jego prawdę, nie tylko na „ładne formułki”.
Jak rozmawiać z dzieckiem o Bogu, gdy ono cierpi
Szczególnie trudnym zadaniem staje się rozmowa z chorym dzieckiem o wierze. Rodzic nie chce kłamać, ale równocześnie boi się dodatkowo zranić. Pojawiają się pytania: „Czy mam mówić dziecku o Bogu, skoro samo pyta: 'Dlaczego On mnie nie uzdrawia?’”, „Czy nie lepiej w ogóle nie poruszać tego tematu?”.
Po pierwsze, dziecku nie trzeba dawać gotowych odpowiedzi na wszystkie pytania. Zdarza się, że dorosły, chcąc chronić, używa zbyt prostych wyjaśnień: „Pan Jezus chciał, żebyś trochę pocierpiał”, „Bóg zabierze Cię, bo potrzebuje Cię w niebie”. Takie zdania, choć wypowiadane w dobrej wierze, zostają w sercu dziecka na lata i mogą wypaczyć jego obraz Boga. Rozmowa, która pomaga, wygląda raczej tak: „Nie wiem, dlaczego jesteś chory. Wiem, że Bóg jest z Tobą, nawet kiedy bardzo cierpisz. I jestem też ja”.
Po drugie, wiara dziecka rodzi się przede wszystkim z doświadczenia miłości. Jeśli w trudnym czasie maluch czy nastolatek doświadcza czułej, cierpliwej obecności rodziców, ich troski, konkretnych gestów, łatwiej mu uwierzyć w Boga jako Kogoś dobrego. Gdy widzi, że rodzice modlą się nie jak zdesperowani klienci, ale jak dzieci, które przychodzą do Ojca, uczy się najgłębszej formy zaufania.
Po trzecie, dobrze jest wsłuchiwać się w pytania dziecka, a nie wyprzedzać je długimi tłumaczeniami. Czasem dziecko chce usłyszeć jedynie: „Nie, to nie Twoja wina”, „Bóg się na Ciebie nie gniewa”, „Masz prawo być smutny i zły, a Bóg to rozumie”. W innych chwilach zapyta o niebo, śmierć, o to, co będzie „potem”. Odpowiedzi nie muszą być teologicznym wykładem; wystarczy prosto, ale zgodnie z wiarą: „Wierzymy, że po śmierci Bóg przytula do siebie bardzo mocno, tak że nie ma już bólu. Tego się trzymamy”.

Jak nie zostać samemu: wspólnota, która dźwiga razem z rodzicem
Kościół jako przestrzeń wsparcia, a nie oceny
Choroba dziecka często izoluje. Inny rytm dnia, ciągłe wyjazdy do szpitali, brak sił sprawiają, że rodzic stopniowo wycofuje się z życia parafii, wspólnoty, relacji. Do tego dochodzi lęk przed niezręcznymi pytaniami („Jak tam, lepiej?”) czy „pobożnymi radami”, które bardziej bolą, niż pomagają.
Kościół w swojej najgłębszej tożsamości jest jednak wspólnotą, która nosi ciężary jedni drugich. Ta wspólnota zaczyna się nieraz od jednej konkretnej osoby: przyjaciela, kapłana, siostry zakonnej, sąsiadki, innego rodzica po podobnych przejściach. Trudno o większą ulgę, niż usłyszeć: „Ja też przez to przechodziłem. Nie powiem Ci, że będzie łatwo, ale mogę być obok”.
Dla wielu rodziców ogromnym wsparciem stają się:
- grupy wsparcia przy parafiach lub fundacjach, gdzie spotykają innych w podobnej sytuacji,
- wspólnoty modlitewne, które konkretnie podejmują modlitwę za ich dziecko,
- stały kontakt z jednym duszpasterzem, który zna ich historię i towarzyszy im na kolejnych etapach choroby.
Wspólnota nie ma zadania „naprawić” sytuacji ani podać gotowych odpowiedzi. Jej rolą jest towarzyszyć: wysłuchać, zawieźć do szpitala, zająć się rodzeństwem, gdy rodzic nie daje rady, wspólnie pomodlić się wtedy, gdy samemu brakuje już słów. Kiedy siła osobistej modlitwy słabnie, modlitwa Kościoła może „nieść” wiarę rodzica, jak czterej mężczyźni, którzy zanieśli paralityka przed Jezusa.
Granice „dobrych rad”: czego unikać, by nie ranić jeszcze bardziej
Otoczenie często czuje się bezradne wobec cierpienia dziecka. W dobrej wierze pojawiają się więc zdania, które mają dodać otuchy, a w praktyce dokładają ciężaru. Warto po imieniu nazwać te, które duchowo szkodzą:
- „Widocznie tak miało być” — sugeruje fatalizm, w którym nie ma miejsca na wolność, odpowiedzialność, walkę o dobro.
- „Bóg tak chciał” rozumiane jako: „Bóg zapragnął, żeby Twoje dziecko cierpiało” — wprowadza obraz okrutnego Boga.
- „Gdybyś miał większą wiarę, Twoje dziecko byłoby zdrowe” — obarcza rodzica winą za cud, którego nie ma.
- „Inni mają gorzej, nie przesadzaj” — unieważnia przeżywany ból, zamiast go przyjąć.
Znacznie bardziej budujące są proste zdania: „To musi być dla was bardzo trudne”, „Nie wiem, co powiedzieć, ale jestem”, „Mogę dziś zostać z twoimi dziećmi, żebyś mógł odpocząć?”. Konkretna pomoc — posiłek, załatwienie spraw urzędowych, transport do szpitala — bywa dla rodzica bardziej ewangelicznym znakiem Bożej miłości niż najpiękniej brzmiące, lecz puste słowa.
Duchowe towarzyszenie: rola spowiedzi, kierownictwa i sakramentów
W czasie, gdy dziecko choruje, praktyki religijne często ulegają rozregulowaniu. Ktoś, kto wcześniej systematycznie chodził na Mszę, nagle spędza co drugi weekend w szpitalu. Spowiedź schodzi na dalszy plan, bo brakuje czasu i siły. Rodzi się poczucie, że „duchowo wszystko się sypie”.
Kościół, rozumiany konkretnie: parafia, kapłan, wspólnota — może tu otworzyć przestrzeń miłosierdzia, a nie wymagań. Można umówić spowiedź w szpitalnej kaplicy czy w domu, poprosić księdza, by przyszedł z Komunią, gdy rodzic nie jest w stanie przyjść do kościoła. Sakramenty nie są nagrodą za idealnie ułożone życie religijne, lecz pokarmem na drogę w kryzysie.
Dobrym wsparciem bywa także kierownictwo duchowe lub po prostu regularna rozmowa z kapłanem czy osobą konsekrowaną, która ma doświadczenie towarzyszenia w cierpieniu. Taka osoba może:
- pomóc odróżnić zdrową religijność od destrukcyjnego poczucia winy,
- towarzyszyć w procesie żałoby, także wtedy, gdy dziecko umiera,
- wspólnie rozeznawać trudne decyzje związane z leczeniem, opieką paliatywną, organizacją życia rodzinnego.
Szczera obecność duszpasterza nie polega na dawaniu szybkich odpowiedzi, ale na cierpliwym byciu, słuchaniu i przypominaniu, że w samym środku tej ciemności Bóg nie cofnął swojej miłości.
Jak ocalić relacje: małżeństwo, rodzeństwo i rodzina w cieniu choroby
Między wspólnym frontem a rozchodzeniem się dróg małżonków
Choroba dziecka to jedno z najpoważniejszych obciążeń dla małżeństwa. Pojawia się różnica w reagowaniu: jedno chce mówić o wszystkim, drugie zamyka się w sobie; jedno szuka intensywnej modlitwy, drugie dystansuje się od Kościoła. Do tego dochodzi zmęczenie, brak snu, stres finansowy. Wszystko to sprzyja konfliktom.
Z duchowego punktu widzenia kluczowe jest, by nie robić z Boga „kija” na współmałżonka. Zdarza się, że ktoś, przeżywając inaczej wiarę, ocenia drugą stronę: „Gdybyś więcej się modlił, Bóg by zadziałał”, „Nie idziesz ze mną do kościoła, dlatego Bóg nas nie słyszy”. Takie zdania podkopują nie tylko relację, ale i obraz Boga. Lepiej powiedzieć: „Ja potrzebuję modlitwy, to jest mój sposób radzenia sobie. Szanuję, że ty przeżywasz to inaczej. Czy możemy przynajmniej od czasu do czasu pomodlić się razem jednym krótkim zdaniem?”.
W wielu małżeństwach pomocne okazuje się świadome „umówienie się” na minimum troski o relację: choćby kilkanaście minut rozmowy dziennie bez telefonów, wspólna kawa, krótka wymiana: „Co dziś było dla ciebie najtrudniejsze?”. To nie rozwiąże wszystkich problemów, ale powstrzyma proces oddalania się, w którym każdy niesie swój ból samotnie. Jeśli napięcia narastają, warto rozważyć wspólną konsultację u terapeuty rodzinnego — to nie znak słabości, lecz przejaw odpowiedzialności.
Rodzeństwo chorego dziecka: niewidzialni współcierpiący
W centrum uwagi jest zwykle dziecko chore: to wokół niego koncentruje się plan dnia, rozmowy, modlitwy. Tymczasem rodzeństwo przeżywa sytuację bardzo mocno, choć często po cichu. Może czuć się zaniedbane, odstawione na bok, a zarazem winne, że jest zdrowe. Nierzadko pojawia się też złość: na chore dziecko (bo przez nie wszystko się zmieniło), na rodziców (bo „nie mają dla mnie czasu”), a nawet na Boga.
Dobrze, jeśli rodzic potrafi nazwać to wprost: „Wiem, że jest ci ciężko, bo dużo czasu spędzamy z twoim bratem/siostrą. To nie dlatego, że kochamy cię mniej. Po prostu on/ona teraz potrzebuje szczególnej opieki. Twoje uczucia są ważne, możesz być czasem zły i smutny”. Takie zdania otwierają przestrzeń na szczerą rozmowę, zamiast spychania emocji do środka.
Jak dawać każdemu dziecku „kawałek osobnego rodzica”
Rodzic nie przeskoczy ograniczeń czasu i sił, ale może wprowadzić drobne, bardzo konkretne gesty, które dla rodzeństwa znaczą więcej niż długie tłumaczenia. Chodzi o to, by każde dziecko, także zdrowe, od czasu do czasu miało doświadczenie: „teraz mama/tata jest tylko dla mnie”.
Nie muszą to być wielkie wypady. Czasem wystarczy:
- dziesięć minut rozmowy przed snem, gdy telefon leży w innym pokoju,
- wspólny spacer do sklepu, podczas którego można pogadać o szkole, kolegach, lękach,
- mały „rytuał” tylko z jednym dzieckiem: sobotnie kakao, wieczorne oglądanie meczu, układanie puzzli.
Takie chwile pozwalają rodzeństwu wyjść z roli „dzielnego pomocnika” i po prostu być dzieckiem. Dają też przestrzeń, by powiedziało wprost: „Mam dość tej choroby”, „chciałbym, żeby było jak dawniej”, bez poczucia winy, że zdradza chorego brata czy siostrę.
U niektórych dzieci dobrze działa symboliczny przedmiot, który przypomina: „Mama o mnie pamięta, nawet gdy jest w szpitalu”. Może to być mały liścik schowany do piórnika, bransoletka, krótka wiadomość nagrana przed wyjazdem. Nie zastąpi to fizycznej obecności, ale łagodzi poczucie opuszczenia.
Gdy rodzeństwo też pyta: „Dlaczego Bóg nie pomaga?”
Pytania religijne rodzeństwa bywają równie ostre jak rodziców. Zwłaszcza nastolatki mogą reagować buntem: „Skoro Bóg jest dobry, to czemu się nie wtrąci?”, „Po co się modlić, skoro to nic nie zmienia?”. Uczeń, który każdego dnia widzi kroplówki, przewijaki, płacz, zwykle nie zadowoli się szybkim: „Pan Bóg tak chciał”.
Pomocne bywa uznanie, że takie pytania są mądre i uczciwe, a nie „bezbożne”. Można odpowiedzieć: „Ja też nie rozumiem, dlaczego Bóg nie uzdrawia tak, jak prosimy. Ale nie chcę udawać, że Go nie ma. Dlatego kłócę się z Nim, proszę, czasem milczę. Jeśli chcesz, możesz Mu powiedzieć dokładnie to, co myślisz. Bóg się tym nie obrazi”.
Dla młodszych dzieci wystarczy czasem prosty obraz: „Bóg jest z nami w tej chorobie, a nie po stronie choroby. Choroba nie jest od Niego, ale On wchodzi w to wszystko razem z nami, jak Jezus na krzyżu”. Starszym można pokazać konkretne osoby, które widzą w wierze siłę do niesienia codzienności: rodziny, które w szpitalu razem odmawiają krótką modlitwę, lekarzy, którzy mówią, że bez Boga byłoby im ciężej dźwigać takie historie.
Cisza Boga wobec śmierci dziecka: wiara rozpięta między buntem a nadzieją
Kiedy modlitwa nie zatrzymała najgorszego
Są sytuacje, w których choroba nie kończy się uzdrowieniem. Dziecko umiera, choć było namaszczone, o zdrowie proszono w wielu wspólnotach, odprawiano Msze. W sercu rodzica zostaje pytanie: „Po co to wszystko? Czy Bóg mnie oszukał?”. To doświadczenie może przeorać nie tylko emocje, ale i całe dotychczasowe rozumienie wiary.
W obliczu śmierci wszelkie „gotowe” odpowiedzi brzmią jak obce języki. Przez długi czas najbardziej uczciwą modlitwą staje się milczenie albo jedno zdanie: „Boże, nie rozumiem”. To nie oznacza utraty wiary, lecz przejście w jej inną fazę — z poziomu uczuć na poziom nagiego trwania. Wielu rodziców świadczy, że przez pierwsze miesiące lub lata po stracie nie miało siły na nic więcej niż mechaniczne przeżegnanie się wieczorem. To także jest modlitwa.
Perspektywa chrześcijańska nie usuwa bólu. Mówi jednak, że śmierć nie ma ostatniego słowa o dziecku. Dla rodzica nie jest to abstrakcyjna doktryna, ale pytanie bardzo konkretne: „Czy moje dziecko jest bezpieczne?”. Odpowiedź wiary brzmi: tak — jest w Bogu, który zna je lepiej niż ktokolwiek i obejmuje całą jego historię, także tę pełną cierpienia.
Żałoba bez poczucia winy religijnej
Po śmierci dziecka rodzi się pokusa rozdrapywania każdego szczegółu: „Może za mało ufałam?”, „Może gdybym ofiarowała coś jeszcze?”, „Może Bóg się wycofał, bo zwątpiłem?”. Takie myśli potrafią wbić człowieka w duchową ziemię. Tymczasem logika Ewangelii jest inna: Bóg nie przychodzi po to, by w chwili największej tragedii wystawiać rodzicowi religijne świadectwo z czerwonymi uwagami na marginesie.
Zdrowa żałoba potrzebuje miejsca na:
- płacz, który nie musi być „pobożny”,
- okresowe wycofanie się z aktywności religijnych, jeśli brakuje sił,
- doświadczanie gniewu wobec Boga bez natychmiastowego cenzurowania się.
Nie oznacza to rezygnacji z wiary. Bardziej przypomina drogę uczniów z Emaus: idą z sercem pełnym rozczarowania, a Jezus przez długi czas po prostu idzie obok, zanim się ujawni. Rodzic ma prawo powiedzieć: „Na razie mogę tylko iść. O modlitwie porozmawiamy później”.
W tej fazie szczególnie ranią stwierdzenia typu: „Bóg chciał mieć aniołka w niebie” czy „musisz być silny w wierze”. Dużo głębiej przemawia spokojne: „Możesz się rozsypać. Bóg i tak wie, co nosisz w środku”.
Nadzieja na spotkanie: jak mówić o niebie po stracie
Dla wielu rodziców ogromnym oparciem staje się stopniowe uchwycenie się obietnicy ponownego spotkania. Nie chodzi o ucieczkę w marzenia, lecz o realną nadzieję, że relacja z dzieckiem nie została unicestwiona, lecz przeszła inny próg. Wiara mówi, że święci w niebie to nie anonimowy tłum, ale konkretne osoby, które pamiętają, kochają i mogą wstawiać się za bliskimi.
Rodzice, którzy utracili dziecko, nieraz mówią: „Odkąd on/ona jest po tamtej stronie, niebo przestało być dla mnie teorią. Mam tam kogoś swojego”. Ta świadomość nie usuwa tęsknoty, ale sprawia, że nie jest ona pustą przepaścią. Z czasem dla niektórych rodzin staje się naturalne, że w modlitwie zwracają się po imieniu do zmarłego dziecka, prosząc je o wstawiennictwo, dziękując za jego obecność w ich historii.
Gdy są młodsze dzieci, dobrze jest mówić o niebie prosto, bez cukierkowych obrazków, a jednocześnie z czułością: „Twój brat jest teraz bardzo blisko Boga. Już nie cierpi, nie jest mu smutno. My go jeszcze nie widzimy, ale on widzi nas i możemy do niego mówić w sercu”. Z czasem, w miarę dorastania rodzeństwa, słowa mogą nabierać większej głębi, ale fundament pozostaje ten sam: dziecko nie przestało istnieć.
Co się dzieje z wiarą, gdy obraz Boga musi dorosnąć
Od „magicznej modlitwy” do relacji, która wytrzymuje ciszę
Choroba dziecka obnaża wszelkie uproszczone schematy religijne. Jeśli dotąd modlitwa była traktowana jak rodzaj gwarancji: „Jeśli będę grzeczny i będę się modlił, Bóg da to, o co proszę”, kryzys zdrowia dziecka może ten obraz boleśnie rozbić. To jednak paradoksalnie może być początek dojrzewania wiary.
Doświadczenie wielu rodziców pokazuje, że z czasem modlitwa przestaje być w pierwszym rzędzie prośbą o cud. Coraz częściej staje się wołaniem: „Zostań ze mną w tym, co jest”, „Daj mi dziś przeżyć ten dzień”, „Nie pozwól, żebym stwardniał w środku”. Tak rodzi się relacja, która nie opiera się na ilości spełnionych próśb, ale na przekonaniu, że Bóg nie odwraca wzroku nawet wtedy, kiedy nie robi tego, czego oczekuję.
To przejście przypomina proces w małżeństwie: z fascynacji tym, że druga osoba „spełnia moje potrzeby”, do miłości, która trwa także wtedy, gdy nie wszystko idzie po mojej myśli. W relacji z Bogiem dojrzewanie wygląda podobnie, choć często idzie przez fazę buntu, rozczarowania, a nawet chwilowej „separacji”.
Kiedy wiara męża i żony idą różnymi drogami
U jednych małżonków cierpienie uruchamia intensywną potrzebę modlitwy. U innych przeciwnie — pojawia się dystans, oschłość, nawet rezygnacja z praktyk. To zderzenie potrafi być źródłem dodatkowych ran. Jedno może wtedy czuć się osamotnione w poszukiwaniu Boga, drugie — naciskane i oceniane.
Dobrą drogą bywa nazwanie tego wprost: „Widzę, że masz teraz trudność z wiarą. Nie będę cię ciągnąć na siłę na Mszę. Ale dla mnie to ważne. Czy możemy choć czasem razem powiedzieć jedno Ojcze nasz za nasze dziecko?”. Taki „najmniejszy wspólny mianownik” pozwala zachować wspólną przestrzeń duchową, bez naruszania wolności drugiej strony.
Bywa i tak, że osoba, która dziś określa się jako niewierząca lub „obrażona na Boga”, za jakiś czas, kiedy emocje opadną, wraca do pytań o wiarę w zupełnie nowy sposób — już nie z przyzwyczajenia, lecz z potrzeby serca. Szacunek dla czyjejś drogi, także duchowej, może okazać się najgłębszą formą świadectwa.
Czego uczy Kościół: Bóg, który sam zna ból utraty Syna
W chrześcijaństwie Bóg nie stoi z boku ludzkiego cierpienia. W centrum wiary stoi krzyż — historia Ojca, który nie oszczędził własnego Syna od bólu i śmierci. Dla wielu rodziców myśl o Bogu-Ojcu, który patrzył na umierającego Jezusa, jest trudna, a czasem wręcz nie do przyjęcia: „Jak mógł na to pozwolić?”. Jednocześnie to właśnie w tej scenie Kościół widzi zapewnienie, że Bóg nie jest obojętny na utratę dziecka.
Ojciec, który przeżył śmierć syna na krzyżu, nie patrzy z dystansem na łzy rodziców na oddziale onkologii. Matka Jezusa, stojąca pod krzyżem, nie jest jedynie pobożnym obrazem, ale realnym świadkiem bólu, który przeszedł przez ludzkie serce. Dla niektórych matek to właśnie do Maryi najłatwiej jest kierować pierwsze słowa, kiedy do Boga trudno się odezwać.
Te prawdy nie mają zamknąć ust cierpiącym. Mają raczej pokazać, że ich pytania padają w przestrzeni, w której Bóg sam doświadczył, co to znaczy, gdy milczenie wypełnia się krzykiem miłości.
Małe znaki w codzienności: jak żyć, gdy cud się nie wydarzył (jeszcze albo wcale)
Modlitwa, która przypomina oddychanie
W zmaganiu z chorobą dziecka trudno o długie praktyki. Dlatego wielu rodziców wraca do krótkich, powtarzanych w ciągu dnia wezwań: „Jezu, ufam Tobie”, „Zmiłuj się nad nami”, „Bądź przy moim dziecku”. Takie modlitwy stają się jak oddech — nie wymagają wielkiego skupienia, a jednak otwierają serce na obecność Boga w samym środku bieganiny po szpitalnych korytarzach.
Pomaga też „uświęcanie drobiazgów”: ofiarowanie Bogu zmęczenia po nieprzespanej nocy, strachu przed badaniem, bezsilności wobec płaczu dziecka. Słowa mogą być bardzo proste: „Boże, widzisz, że już nie mam siły. Biorę ten dzień z Twojej ręki. Zrób z nim coś dobrego, bo ja nie potrafię”.
Dziękczynienie, które nie unieważnia bólu
W cierpieniu słowo „dziękuję” brzmi czasem jak prowokacja. A jednak chwile, w których udaje się zauważyć małe dobro — uśmiech dziecka, życzliwość pielęgniarki, uprzejmość sąsiada, który zawiózł do szpitala — mogą stać się cichą modlitwą wdzięczności. Nie chodzi o to, by „dziękować za chorobę”, ale by pośród zła dostrzegać promyki dobra, które się nie poddało.
Taka postawa nie jest naiwnością. To raczej sprzeciw wobec logiki mroku, który chciałby zdominować cały obraz świata. Dziękczynienie, choćby za najmniejszą iskierkę, pomaga sercu nie skamienieć i zachować zdolność do miłości.
Wiara, która staje się świadectwem dla innych zranionych
Z czasem, gdy najostrzejsza fala bólu opadnie, niektórzy rodzice odkrywają, że ich historia może stać się wsparciem dla innych. Nie w znaczeniu „bohaterskiego świadectwa”, ale cichej obecności: odwiedzą znajomych w szpitalu, zadzwonią do kogoś, kto właśnie usłyszał podobną diagnozę, napiszą prostą wiadomość: „Jeśli chcesz, możemy porozmawiać. Wiem, jak to boli”.
Taka forma dzielenia się wiarą bywa najbardziej autentyczna. Nie alergizuje szybkim pocieszaniem, nie obiecuje cudów, ale niesie przekonanie: „Da się przeżyć ten dzień. Nie samemu”. Dla wielu osób właśnie twarz kogoś, kto przeszedł podobną drogę, staje się konkretnym obrazem Boga, który nie odwraca się od cierpiących, nawet jeśli milczy wobec ich pytań.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Dlaczego Bóg milczy, kiedy proszę o uzdrowienie mojego dziecka?
Milczenie Boga nie oznacza Jego nieobecności ani obojętności. Z perspektywy rodzica wygląda to jak dramatyczny brak reakcji, ale tradycja Kościoła i doświadczenie świętych pokazują, że w takich chwilach często dokonują się najgłębsze procesy duchowe – dojrzewanie wiary, zaufania i wewnętrznej wolności.
Kościół nie obiecuje „automatycznych cudów” w zamian za określoną liczbę modlitw. Modlitwa nie jest transakcją, lecz relacją. Bóg słyszy wołanie rodzica, ale Jego odpowiedź może mieć inną formę niż natychmiastowe uzdrowienie: może przyjść jako siła do niesienia krzyża, mądrość w decyzjach medycznych, wsparcie dobrych ludzi czy głębsze zjednoczenie z Chrystusem cierpiącym.
Czy choroba dziecka to kara za moje grzechy albo za brak wiary?
Kościół katolicki nie naucza, że choroba dziecka jest prostą karą za grzechy rodziców. Sam Jezus, pytany o przyczynę choroby niewidomego od urodzenia, odpowiada: „Ani on nie zgrzeszył, ani jego rodzice” (J 9,3). Myślenie w stylu: „Bóg uderzył w moje dziecko, bo ja zawiniłem”, jest zafałszowaniem obrazu Boga znanego z Ewangelii.
Poczucie winy jest w takiej sytuacji bardzo częste, ale najczęściej nie ma pokrycia w rzeczywistości. Zamiast szukać „magicznej przyczyny” w sobie, Kościół zachęca do szczerego rachunku sumienia, ale bez obsesyjnego obwiniania się. Warto o takich myślach porozmawiać z mądrym spowiednikiem lub psychologiem, który rozumie kontekst wiary.
Czy wolno mi złościć się na Boga, kiedy moje dziecko cierpi?
Tak, złość i bunt w takiej sytuacji są ludzką i zrozumiałą reakcją. Biblia zna modlitwy, w których człowiek krzyczy do Boga z rozpaczy, a nawet oskarża Go o milczenie – przykładem jest Psalm 22: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”, który Jezus wypowiada na krzyżu. To znak, że Bóg nie boi się naszego gniewu.
Kluczem jest to, by nie udawać przed Bogiem „ładnych” uczuć. Lepiej szczerze powiedzieć: „Boże, nie rozumiem Cię, jestem wściekły, boję się o moje dziecko”, niż recytować pobożne słowa bez serca. Taka szczerość nie oddala od Boga, ale staje się początkiem prawdziwego dialogu i głębszej modlitwy.
Jak się modlić o uzdrowienie dziecka, żeby „to zadziałało”?
Nie istnieje duchowy „przepis na cud” – określona liczba modlitw, nowenn czy pielgrzymek nie zmusza Boga do działania. Kościół zachęca, by prosić o cud z wielką ufnością, ale jednocześnie pamiętać, że uzdrowienie jest darem, a nie nagrodą za wysiłek modlitewny. Modlitwa ma być wyrazem miłości i zawierzenia, a nie kontraktem.
W praktyce warto:
- modlić się prosto i szczerze, tak jak potrafisz w swoim zmęczeniu i lęku,
- korzystać z modlitwy Kościoła (Msza św., sakrament chorych, różaniec, psalmy),
- dodać do próśb o uzdrowienie słowa „bądź wola Twoja” – nie jako rezygnację, ale jako akt zaufania, że Bóg widzi dalej niż my.
Czy jeśli nie dostanę cudu, to znaczy, że mam za małą wiarę?
Brak cudu nie jest dowodem „słabej wiary”. W Ewangelii są sytuacje, gdy Jezus uzdrawia dzięki wierze proszących, ale są też święci i ludzie bardzo głęboko wierzący, którzy przez całe życie nosili ciężki krzyż choroby czy cierpienia bliskich. Wiara nie jest gwarancją uniknięcia cierpienia, ale źródłem siły, by przez nie przejść.
Niebezpieczne jest myślenie: „Gdybym wierzył bardziej, dziecko byłoby zdrowe” – prowadzi ono do wewnętrznego szantażu i rozpaczy. Dojrzała wiara to nie wiara „skuteczna” w sensie technicznym, ale taka, która trwa przy Bogu, nawet gdy nie spełnia On naszych oczekiwań.
Jak pogodzić wiarę w Boga z leczeniem i medycyną?
Kościół zachęca, by jednocześnie modlić się o cud i w pełni korzystać z pomocy lekarzy, terapii i nowoczesnej medycyny. Nie ma tu sprzeczności: rozum, wiedza medyczna i postęp nauki są rozumiane jako dary od Boga, który posługuje się także ludzkimi środkami, by nieść ulgę w cierpieniu.
Postawa wiary nie polega na rezygnacji z leczenia w imię „czystej ufności”, ale na współpracy z łaską: robieniu wszystkiego, co możliwe po ludzku, i równoczesnym zawierzeniu Bogu tego, czego przekroczyć się nie da. Modlitwa może przynieść cudowne uzdrowienie, ale może też dać siłę do podejmowania trudnych decyzji terapeutycznych i niesienia codziennego ciężaru choroby dziecka.
Co mogę zrobić duchowo, gdy jestem tak zmęczony, że nie umiem się modlić?
W skrajnym wyczerpaniu i lęku modlitwa rzeczywiście może ograniczyć się do krótkiego „Jezu, pomóż” wyszeptanego w korytarzu szpitalnym. Taka prosta modlitwa jest w pełni wartościowa – w oczach Boga liczy się serce i wierność, a nie długość i „estetyka” słów.
Pomocne może być:
- powierzanie Bogu dziecka jednym zdaniem powtarzanym w ciągu dnia,
- proszenie innych (wspólnoty, przyjaciół, parafii) o modlitwę, gdy sam już nie masz siły,
- szczera rozmowa z kapłanem lub osobą zaufaną o swojej bezradności duchowej.
Trwanie przy Bogu „resztkami sił” jest często dojrzalszą formą wiary niż dawne, spokojne modlitwy w czasie, gdy wszystko było dobrze.
Co warto zapamiętać
- Milczenie Boga wobec cierpienia dziecka nie oznacza Jego nieobecności, ale często towarzyszy najgłębszym, choć niewidocznym procesom duchowym – nie zmniejsza jednak realnego bólu rodziców.
- Gniew na Boga, bunt i twarde słowa w modlitwie nie są grzechem samym w sobie, lecz naturalną reakcją na ból; szczere wyrażenie ich przed Bogiem może stać się początkiem prawdziwego dialogu z Nim.
- Kościół nie uczy, że choroba dziecka jest prostą „karą za grzechy” rodziców; takie myślenie zafałszowuje obraz Boga i może prowadzić do niszczącego, nieuzasadnionego poczucia winy.
- Rodzice często wpadają w spiralę samooskarżeń („to moja wina, za mało się modliłem/am, za późno poszedłem/am do lekarza”), którą trzeba świadomie zatrzymywać, najlepiej przy wsparciu spowiednika, kierownika duchowego lub psychologa.
- Skrajny lęk, bezradność i zmęczenie to niewidzialna, ale realna część cierpienia rodziców; w takim stanie nawet krótkie westchnienie „Jezu, pomóż” jest pełnowartościową modlitwą.
- Istotą modlitwy w czasie próby nie jest „piękno słów”, lecz trwanie przy Bogu mimo chaosu uczuć; taka wytrwałość często świadczy o dojrzalszej wierze niż wcześniejsze, spokojne praktyki religijne.
- Nie istnieje „automatyczny schemat” na cudowne uzdrowienie; Bóg nie działa jak magiczny automat reagujący na określony zestaw modlitw i obietnic, a Kościół stawia raczej na uczciwe towarzyszenie w cierpieniu niż na proste, „ładne” odpowiedzi.





